Czasem się zdarza, że film przebija książkę. Nie jest to jednak zbyt częste zjawisko i ma miejsce zazwyczaj wtedy, kiedy dobry reżyser angażuje się w nakręcenie ekranizacji. Ważne jest to, żeby reżyser czuł powieść, którą chce zekranizować. Pozycję, które przedstawię, to dzieła świetne w formie pisanej, jak również kwalifikowane są jako wyjątki, które są po prostu lepsze w formie filmu.

Fight Club Davida Finchera to film, o którym słyszał prawie każdy, ale może nie każdy wie, że istnieje książka, na podstawie której film ten powstał. Chuck Palahniuk jest bardzo dobrym pisarzem, a Fight Club postanowił napisać po tym, gdy w pracy zaobserwował pewne zjawisko. Chuck został pobity na kempingu, a po powrocie z pracy z twarzą pokrytą fioletowymi siniakami, zauważył, iż nikt z pracowników nawet nie ośmielił się zapytać czy coś się stało. Ludzie udawali, że nie widzą jego poturbowanej twarzy, a kontakty ograniczali do minimum. Jednak wracając do naszego tematu – książka Fight Club jest dobra, a film świetny! Nie wyobrażam sobie kogoś innego grającego głównego bohatera (jego imienia nigdy nie poznajemy), niż Edwarda Nortona, jak i Brada Pitta, który wcielił się w postać Tylera Durdena. Nie można zapomnieć o roli Heleny Bohman Carter, grającej Marlę. Jest to trio absolutnie genialne, które stworzyło sylwetki kultowe. Sam autor książki zauważył, że końcówka filmu jest lepsza, niż ta zaprezentowana w książce. Fight Club to dzieło absolutnie przełomowe, ponieważ nie tylko uczymy się jak robić mydło czy nitroglicerynę, ale zauważamy jak wciąga nas życie konsumpcjonistyczne. „Chodząc do pracy, której nie cierpimy, kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy za pieniądze, których nie mamy, usiłując zaimponować ludziom, których nie lubimy, udając kogoś, kim nie jesteśmy.” – to dla mnie przełomowe słowa jakie padają w obu pozycjach. Dla tych, którzy jeszcze nie widzieli i nie czytali Fight Clubu, dla odmiany polecę by najpierw sięgnęli po film, bo najprościej w świecie jest po prostu lepszy. Jeśli będziecie po tym czuć niedosyt polecam sięgnąć po książkę, bo jakby nie było, kultowy film Fight Club nigdy by bez niej nie powstał.

Into the Wild reżyserii Seana Peana, to jeden z moich ulubionych filmów. Jest to historia, która powstała na podstawie prawdziwych wydarzeń, a przede wszystkim na podstawie reportażu w formie książki Jona Krakauera. Istnieją przynajmniej trzy powody, które świadczą o tym, że film jest lepszy od książki: po pierwsze muzykę komponuje nie kto inny, ale Eddie Vedder, po drugie reżyserem jest nie kto inny, a Sean Pean, po trzecie główną rolę Chrisa McCandlessa odgrywa Emil Hirschow.
Jest to także świetne ukazanie młodego indywidualisty, który ucieka w dzicz w celu odnalezienia własnego ja. W jego drodze na Alaskę możemy zachwycać się wszystkim co ma do zaoferowania Ameryka Północna. Książka dodatkowo zawiera historię autora, którą porównuje do bohatera swojego reportażu. Historia ta jest bardzo ciekawa, ale myślę, że to dobry pomysł na osobny reportaż, a nie wątek w książce o McCandlessie. Mam wrażenie, że w filmie jest lepiej ukazana nie tylko natura, którą obrazują przepiękne ujęcia Alaski, ale i natura samego człowieka, jego walki o znalezienie swojego miejsca na świecie. Takie arcydzieła jak Into the Wild powstają zazwyczaj wtedy, kiedy reżyser naprawdę chce pokazać niezwykłość ludzkiego życia. Jedną z największych różnic między książką, a filmem jest w tym wypadku przedstawienie choćby sylwetki rodziców głównego bohatera. To jak patrzy na nich autor reportażu, a autor filmu jest zupełnie inne. Te same fakty przedstawione są z innej perspektywy. Sean Pean wydaje się być mniej wyrozumiały i mniej przychylnie patrzy na czyny rodziców bohatera, co można zauważyć w sposobie w jaki ich ukazał. Świetne ujęcia w filmie, genialna muzyka lidera grupy Pearl Jam sprawiła, że ten film, to prawdziwy must see dla ludzi, którzy szukają sensu w najdzikszych miejscach naszego świata. Tak jak głównego bohatera i realnej postaci Chrisa McCandlessa inspirowały dzieła Jacka Londona czy Hemingwaya tak nas może zainspirować Into the Wild, zarówno książka, jak i film, proponuję jednak by najpierw zobaczyć dzieło Peana.

Takich pozycji nie jest wiele, ponieważ filmy z powodu ograniczeń czasowych często muszą zrezygnować z pewnych wątków znajdujących się w książkach, co powoduję nierzadko, że po obejrzeniu ekranizacji czujemy pewnego rodzaju niedosyt. Zdarza się jednak czasem tak, że historie, którą ktoś przedstawił w książce, ktoś inny bardziej czuje i lepiej przedstawia w filmie. Jednak poza pewnymi wyjątkami, książki zawsze znajdą się na pierwszym miejscu.

Komentarze