Częstochowa. Święte miasto.
Od zawsze te dwa określenia są synonimami. Częstochowa wszystkim i wszędzie kojarzy się jednoznacznie, z miejscem kultu maryjnego i milionów pielgrzymek przybywających tu corocznie z każdego zakątka świata.
W mglistych skojarzeniach i wyobrażeniach o tym mieście ludziom umyka jedna rzecz. W tym mieście żyją też młodzi ludzie. Od kiedy pamiętam, ogólną opinią młodzieży zarówno tej starszej, jak i tej młodszej, było to, że „w Częstochowie” nic się nie dzieje.
Oczywiście, do pewnego momentu była to najczystsza prawda. Nie działo się nic, poza wspomnianymi pielgrzymkami. Miasto wyglądało jak ostatni bastion komunizmu i na co dzień raczej było takim miastem-widmo, które istniało, tylko dlatego, że na Jasną Górę walą tłumy ludzi zainteresowanych tylko tym, żeby zobaczyć święty obraz, oraz zwaliste mury klasztoru, bo widzieli, że tutaj nic innego się nie da zrobić.
Od niedawna jednak to miasto żyje. Organizuje się cykliczne imprezy na Placu Biegańskiego, przyjeżdżają gwiazdy dawać koncerty. Od 2 tras gościmy Tourbus Red Bulla, mamy Hip-hop Elements, Reggae On, Frytkę Off, czy świeży i bardzo nowatorski pomysł Retro Festiwalu. Do tego wszystkiego należy dodać, że powstała nowa hala, na której już zorganizowano „Polską noc kabaretową”, transmitowaną do TV. Zmodernizowana Filharmonia gości teatry i gości nie tylko z kraju, ale i ze świata. Teatr Mickiewicza nareszcie wystawia sztuki dla wszystkich, a nie tylko dla wycieczek szkolnych i dla seniorów.
Wygląda obiecująco, ale… no właśnie, niestety jest jakieś „ale”.
Wszystkie te imprezy są bardzo świeże, bardzo dobrze zorganizowane i reklamowane, jednak tylko nieliczni na nie docierają. Jeśli przyjeżdżają gwiazdy z telewizji można liczyć na sporą frekwencję. Jeśli jednak miasto zaprosi kogoś bardziej alternatywnego, to ludzi jest jak na lekarstwo.
Proste przykłady. W 2013 roku na finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy zagrał genialny skład z Bośni i Hercegowiny – Dubioza Kolektiv. Świeżo po sukcesie na Przystanku Woodstock 13′
Wydawałoby się, że to cud i że to nie dzieje się naprawdę. Dubioza przyjechała i… zaliczyła chyba najmniejszą frekwencję na częstochowskich finałach WOŚP od lat.
Winę można zrzucić na ostry mróz, który rządził tego dnia, jednak finały zawsze odbywają się zimą, zwykle jest dużo na minusie, a jednak w tym roku na „Braci” przyszło dużo więcej osób.
Chłonność kultury. Jaka jest i czy w ogóle istnieje w tym mieście?
Gdybym miał subiektywnie oceniać – średnio. Wspomniany wcześniej festiwal „Frytka Off” zaczął od mocnego uderzenia – gwiazdą pierwszej edycji było rewelacyjne Lao Che.
Nie wiem czym, kierowali się w następnych edycjach organizatorzy, ale strzelam, że wyłącznie względami finansowymi. Bo zaproszenie Moniki Brodki, czy Meli Koteluk trudno inaczej nazwać. Żeńskim dopełnieniem gwiazd „Frytki” jest Maria Peszek, ale umówmy się – stawianie jej w tym gronie na równi byłoby dla niej nie lada obrazą.
Kolejny przykład – Red Bull Tourbus. Na Pezeta i Monikę Brodkę na Placu Biegańskiego biły tłumy. Dzikie tłumy ludzi, którzy usłyszeli nazwisko z TV, natomiast na rewelacyjne i pełne energii Łąki Łan – zaledwie garstki.
Powoli stan rzeczy się zmienia, ale dalej odsetek dzieci, młodzieży, dorosłych myślących i szukających na własną rękę dobrej, ambitnej muzyki jest mniejszy, niż tych, którzy muzykę znajdują w TV, radiu, albo według mody w internecie.
Częstochowa jest miastem chłonnym na kulturę. Niestety przeważająca jest kultura jałowa, prosta i bezpłciowa. Nie znaczy to, że w tym mieście nic się nie dzieje. Dzieje się, tylko trzeba chcieć to zauważyć.

